Hmmm. Jak niewiele potrzeba, żeby się podnieść, uśmiechnąć i iść dalej:D Jeszcze jakąś godzinę temu leżałam skulona na fotelu, trzęsłam się z zimna i od niepowstrzymanego płaczu… A teraz… Jest mi tak dziwnie ciepło i mam w sobie tyle energii, że najchętniej pobiegłabym teraz przed siebie, kierując się jasnym promieniem przedzierającym ciemność… Który jest kwintesencją jedynego i najprawdziwszego szczęścia. Zrozumiałam… To nie przez Nią cierpienie. Przy Niej mogę doświadczyć tylko szczęścia. Muszę tylko w to wierzyć i mieć NADZIEJĘ. I wytrwale iść do przodu… Ku blaskowi rozświetlającemu mrok. Wiem, że osoby czytające to pomyślą, że już całkowicie postradałam rozum i nie ma ratunku dla takiego upośledzonego dziecka jak ja, ale… Niech myślą co chcą. Ja już wiem, gdzie powinnam dążyć, żeby osiągnąć szczęście. I nikt ani nic mnie od tego nie odwiedzie. Żadne głupie wątpliwości. Moje i innych. A gdy już się potknę, wiem że ktoś kierujący się tam gdzie ja, poda mi rękę. A ja po chwili uniosę się wysoko, ponad głowy tych wszystkich zarozumialców i moralizatorów. Będę szczęśliwa. Idę teraz do ogrodu, wyciągnąć ręce do gwiazd i stać tak długo w orzeźwiającym zimnie, aż wszystko złe, co pozostało we mnie, zamrozi się i ucieknie:P A ja wbiegnę do domu i cichutko włączę „ICQ”. I „Nieobecną” też. O!

Skąd ta nagła zmiana nastroju i jakże odkrywcze wnioski? Dzięki pewnej osobie, która czuje dokładnie to, co ja. I jako jedyna zainteresowała się dziś moim stanem psychicznym:>
Luw ja, M.;) :*:*:* [ach te wyznania:P]